Naprawdę lepiej niż Pidżama


2009.10.19

opublikował:

Naprawdę lepiej niż Pidżama

Być może Grabaż już nie pamięta, ale jeden z pierwszych koncertów pod szyldem Grabaż i Strachy na Lachy (jeszcze solo) zagrał dla garstki wariatów, siedząc na stołeczku z gitarą akustyczną na malutkiej scenie Zamku Ujazdowskiego pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Ma prawo nie pamiętać, bo prawie wszystko się zmieniło.

Dziś Strachy na Lachy to zespół co najmniej tak ważny jak niegdyś (zawieszona? rozwiązana?) Pidżama Porno. A z pewnością tak samo poważany przez młodzieżową publiczność. Dodajmy, że bez względu na pojemność miejsca, w którym formacji zdarza się grać, publiczność szczelnie wypełniającą lokal.

Zaczęli z regulaminowym, niespełna półgodzinnym poślizgiem, kiedy głównie studencka brać (i sióstrć napierająca radośnie naturalnym biustem w rozmiarze D na moje schorowane plecy) napiła się już piwa i przegadała pierwsze ciężkie dwa tygodnie studiów. Zaczęli dostojnie, z wyczuciem i przytupem, od rzeczy znanych oraz zachęcających do nadgorliwych reakcji. Jak podczas zagranej bodajże jako druga, czy trzecia piosenka wieczoru „Dzień dobry, Kocham Cię”. Po takim wstępie permanentny aplauz i śpiewanie z Grabażem – gwarantowane!

 

Premierowo na stołecznym koncercie, a zapewne i coraz bardziej obficie na nadchodzących, SNL przygotowują grunt pod przyszłoroczne wydawnictwo. Po skrupulatnej zapowiedzi Grabaża, zawierającej dokładne dane na temat daty (druga połowa lutego 2010) i tytułu piątej płyty Strachów („Dodekafonia”), następuje erupcja radosnych dźwięków w – jak się okazało – już dość dobrze znanym publiczności utworze „Ostatki”. Żeby jednak czymś naprawdę zaskoczyć, następny zagrany utwór, to już absolutnie premierowy „Twoje Oczy Lubią Mnie i To Mnie Zgubi”. O ile pierwszy nowy kawałek rewitalizuje tradycyjne brzmienie zespołu, co podoba się wszystkim otwartym na elektroniczny sound perkusji simmonsa i dziarskie tempa, to drugi, mimo zaskakująco wiele zdradzającego tytułu, nie kontynuuje rewolucji w podejściu do dźwięków.

Z rzeczy godnych odnotowania, bo niecodziennych, warto też podkreślić obecność w setliście szczególnego reprezentanta płyty „Piła Tango”, „Niecodzienny szczon”, który w niektórych fragmentach publiczność właściwie sama sobie odśpiewała. Co najpewniej było reakcją na jego pojawienie się, które jest wielką rzadkością, nie tylko na koncertach w Warszawie.

Powyższe nie oznacza oczywiście, że można przemilczeć obecność w żelaznym zestawie hitów, takich pewniaków, jak „Jedna taka szansa na 100”, „BTW (Mamy tylko siebie)”, „Po prostu pastelowe” czy „Raissa” i „Piła Tango”.

Przy okazji, słów kilka na temat koncertowania SNL w stolicy. W tym roku grali w Warszawie po raz szósty. Trzeci raz w Hybrydach. Wiosną dwie sztuki w tym klubie zgromadziły nadkomplety dzień po dniu. Niedzielny koncert oczywiście też zagwarantował pełen parkiet publiczności, co chyba pozwala postawić tezę, że mamy do czynienia ze stołeczną strachonalachomanią. Przeciw której, tak jak i zachwycona publika, nie mam nic przeciwko. 

Polecane

Share This