Podsumowanie 2015: 30 najlepszych polskich płyt


2016.01.12

opublikował:

Podsumowanie 2015: 30 najlepszych polskich płyt

30. Michał Sobierajski – „Przed snem”

Trochę przylgnęło do niego określenie artysty lokującego się między Jamesem Blake`em i Jamie`em Woonem. Niesłusznie, ponieważ na debiutanckiej płycie Michał Sobierajski pokazuje 100% siebie. Głos i fortepian są jego największą siłą. Producent Bogdan Kondracki pięknie to podkreślił, dodając jedynie smaczki, pozwalające wyeksponować zalety uczestnika „The Voice of Poland”. Znakomicie wypada śpiewając po polsku, trochę gorzej, kiedy sięga po angielski.

29. Leski – „Splot”

Paweł Leszowski to kolejny debiutant w naszym zestawieniu. To bardzo cieszy, tym bardziej, że „Splot” to kolejna płyta z gatunku tych „daleko od radioodbiornika”. Stonowanie, melodyczność, introwertyczność, nerw, przestrzeń. Wrzucanie go do jednego worka z naszymi songwriterami czy z przedstawicielami tzw. alternatywy może być nieco krzywdzące dla Leskiego. Bo mógłby tam przypadkowo zginąć i byłaby wielka szkoda.

28. Neony – „Uniform”

W październiku pisałem o nich tak – „Neony to dziwny zespół. Istnieją od dawna, a materiału dostarczyli niewiele. Sprawiają wrażenie, jakby nigdzie im się nie spieszyło. Jakby wszystko co robią, robili dla siebie, jednocześnie poszukując (…) Pamiętam ich jeszcze z czasów, kiedy namieszali mocno w Jarocinie równolegle świetnie radząc sobie na innych komercyjno-telewizyjnych festiwalach. I wtedy pomyślałem: lekko to oni mieć nie będą.” No, to teraz mają lżej. Płyta bardzo udana, uciekająca stereotypom. Single śmigają w radio. Bardzo przyjemna muzyka z szeroko rozumianego nurtu rocka. No i nie trzeba już chyba wszystkim tłumaczyć, skąd wzięły się te Neony.

27. The Dumplings – „Sea You Later”

Nie wiem, czy to już muzyka, która ma szansę przebić się na Zachodzie, ale jeśli mierzyć „Sea You Later” poziomem polskiej elektroniki, to The Dumplings już teraz, w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy, są w czołówce. A przecież konkurencja jest duża. I zabrzański duet najwyraźniej sobie z tego sprawę, bo jego drugi album jest „jeszcze lepszy” pod każdym względem: lepiej zaśpiewany, lepiej wyprodukowany, lepiej napisany. Tytuł wiele mówi: to rzecz wodnista, morska i stosunkowo chłodna. No i w większości napisana po angielsku. Szkoda, może następnym razem starczy odwagi, by częściej sięgać po oporniejszą, bardziej wymagającą polską frazę.

26. Stanisława Celińska – „Atramentowa…”

„Atramentowa” wzrusza. Kuba Wojewódzki przyznał, że płakał słuchając płyty Stanisławy Celińskiej. Wierzę. Piękna przeróbka „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” Heya z gościnnym udziałem Katarzyny Nosowskiej, przejmujący dialog z Muńkiem Staszczykiem w „Wielkiej słocie” są jedynie dodatkami do wzruszających „Czerni i bieli” czy „Atramentowej rumby” śpiewanych przez panią Stanisławę. „Atramentowa…” ma status platynowej płyty i wciąż bardzo dobrze sobie radzi na OLiS-ie. Oby tak dalej. Dobre rzeczy zasługują na to, by iść jak najszerzej.

25. Różni wykonawcy – „Albo inaczej”

Takie płyty można bardzo łatwo schrzanić. Temat ryzykowny. Tym większe brawa dla odważnych pomysłodawców, utworodawców i artystów, którzy zdecydowali się stanąć za mikrofonem. Jakością samą w sobie są zupełnie nowe aranże hiphopowych klasyków. Płyta zbliżająca do siebie różne pokolenia. Tak artystów jak i słuchaczy. Brawo!

24. Spoken Love – „Spoken Love”

„Ten album powstawał na przestrzeni sześciu lat, koncept tyle się klarował” – mówi o Bartek Królik. On i Marek Piotrowski to duet, który pamiętamy z Sistars. Teraz współtworzą Łąki Łan, jako Plan B zajmują się także produkcją muzyczną. Spoken Love to trochę ich nowa twarz. Stylowo, światowo. Można śmiało ten album nazwać „eksportowym”.

23. Kobiety – „Podarte sukienki”

Kto wie, czy Kobiety to nie jeden z najbardziej niedocenionych zespołów, jaki znalazł się w tym zestawieniu. Jeśli tak, to oby im to pomogło. „Podarte sukienki” to szalenie dojrzały album zasługujący na znacznie szerszego słuchacza. Gdzieś między lekką psychodelią, a bezpretensjonalną erotyką jeżdżą SKM-ką kobiety w podartych sukienkach. Zdecydowanie najlepsza i najciekawsza płyta formacji z Trójmiasta.

22. VNM – „Klaud N9jn”

Po pierwsze, brawa za odwagę. Pierwszoligowy raper, który postanawia nagrać konceptualny album i się na tym pomyśle nie wykłada, to nadal u nas rzadkość. Po drugie, brawa za wykonania. U Venoma pomysł jest wystarczająco pojemny, by nagrania chwytały w pojedynkę, a jednocześnie nie mam wrażenia, by gospodarz jedynie pozorował spójność. Po trzecie, brawa za pojedyncze perełki. Czynię w tym miejscu aluzję zwłaszcza do wybitnego „Skalpelu”. Po czwarte, brawa za rozwój. Z płyty na płytę V zbliża się do albumu na miarę swojego talentu. Tym razem był naprawdę blisko.

21. Marcelina – „Gonić burzę”

Kto raz usłyszał „Nie mogę zasnąć”, nigdy nie zapomni tego hipnotyzującego basowego groove`u. A takich smaczków jest na „Gonić burzę” więcej. Marcelina z jednej strony zachowuje swój nieco niewinny dziewczęcy urok, z drugiej pokazuje, że potrafi być zdecydowana i stanowcza. Jej wyrazistość i oryginalność sprawiają, że chcąc zaszufladkować twórczość Marceliny, najlepiej włożyć ją po prostu do tej z napisem „Marcelina”. Nie ma drugiej takiej, nie tylko w Polsce.



20. Mielzky/Patr00 – „Miejski patrol”


Nie wiem, dlaczego na „Miejski patrol” musieliśmy czekać tak długo (pierwsze informacje pojawiły się przynajmniej 6-7 lat temu), ale być może przyczyna leżała w perfekcjonizmie Patr00. Gdy słucham tej płyty, słyszę troskę o drobiazg, wyczulenie na szczegół, które przejawia się raczej w sprowadzaniu aranżu do idealnego minimum, aniżeli gromadzeniu kolejnych ścieżek. Szorstki, klasyczny do bólu Mielzky dobrze się odnajduje wśród tej wymuskanej surowości. To raper daleki od ideału (ale też do ideału niespecjalnie aspirujący) i jako ersatz Zkibwoya czy Smarkiego sprawdza się całkiem nieźle. Takie kooperacje – szlifujące swój konserwatyzm – też są potrzebne. A „Miejskiego patrolu” chce się słuchać.

19. Rysy – „Traveler”

Odsłuchiwanie kolejnych electropopowych debiutantów dawno już przestało sprawiać przyjemność, ponieważ większość tych płyt okazuje się niestety bliźniaczo podobna. Tym większe gratulacje dla Łukasza Stachurko i Wojtka Urbańskiego, że potrafili zaprezentować coś świeżego. Sukces „Traveler” to w dużej mierze również zasługa gości, przede wszystkim wokalistki The Dumplings Justyny Święs. Dobrze spisują się również panowie – wydający w Nextpopie Baasch oraz szykujący się do debiutu w barwach Warnera Piotr Zioła. Jego zaśpiewany w duecie z Justyną „Przyjmij brak” jest nie tylko ozdobą płyty Rys, ale też mocnym kandydatem do miana polskiej piosenki 2015 roku.

18. Rasmentalism – „Wyszli coś zjeść”

Ras i Ment chcieli, by „Wyszli coś zjeść” brzmiało jak amerykański mainstream sprzed 10-15 lat. Udało się, bo na płycie usłyszycie i starego Timbalanda, i nadwornych producentów Roc-A-Fella (K. West, Just Blaze, Bink!), a jeden numer kojarzy się nawet z „Toxic” Britney Spears. Album brzmi jak naturalna kontynuacja klasycznego-w-momencie-premiery „Za młodzi na Heroda”. I choć jest trochę słabszy od swojego poprzednika (to jednak zarzut, który trudno udowodnić na samym krążku), to nadal poziom, do którego wielu co najwyżej aspiruje.

17. Zbigniew Wodecki with Mitch&Mitch Orchestra and Choir – „1976: A Space Odyssey”

Czy to dobry pomysł, by w zestawieniu najlepszych płyty, obok albumów zawierających premierowy repertuar, umieszczać również krążek będący po prostu powrotem do przeszłości? Tak, ponieważ Zbigniew Wodecki wspólnie z Mitch&Mitch odświeżając materiał z wydanej w 1976 roku płyty „Zbigniew Wodecki”, przywrócili zakurzonemu oryginałowi blask i miejsce w kanonie polskiej muzyki. Przy okazji zachęcili tych, do których ta płyta dotarła, by sięgnęli w głąb historii rodzimej muzyki rozrywkowej.

16. Zetenwupe – „Bejbo”

Dowód na to, że muzyka to nie rachunek, a dobry album nie jest sumą składników. Madzie zdarzy się wydukać kilka wersów (albo nawet zwrotek), a Kajtkowi – zarapować kilka zupełnie bezbarwnych, nikomu niepotrzebnych wersów. Płyta mogłaby być odrobinę ciut krótsza, a gospodarze mogliby mieć trochę więcej własnego stylu, bo momentami brzmią jak krzyżówka kluczowych postaci warszawskiej sceny. Gdy jednak słucham „Bejbo”, w ogóle o tym nie myślę. Materiał jest doskonale wyprodukowany, zajawkowy, a wspomniana warszawskość, gdy spojrzeć na nią z większą przychylnością, tylko dodaje całości uroku, przyjemnie kojarząc się ze starymi, bezpretensjonalnymi krążkami Dizkreta czy Flexxipu.

15. Bokka – „Don`t Kiss and Tell”

Dobrze się stało, że członkowie grupy odeszli od elektroniki na rzecz bardziej gitarowych motywów. Nie dlatego, że na scenie elektronicznej jest w ostatnim czasie nadzwyczaj ciasno – i tak by sobie pewnie poradzili. Rzecz w tym, że zasyfiałe, shoegaze’owe wręcz przestery oraz Cure’owski mróz wydają się lepiej odpowiadać temu północnemu, niepokojącemu klimatowi, w który grupa mierzyła na swoim debiucie. Temu zamaskowanemu bandowi do twarzy z taką muzyką.

14. Riverside – „Love, Fear and the Time Machine”

Przy „Love, Fear and the Time Machine” wyłazi cała potęga Riverside. Potęga ta opiera się na kilku filarach, ale w tym momencie najważniejsze są dwa: gigantyczne doświadczenie i dar zwany wyczuciem. Znajduję tu dużo Marillionu, tak z czasów Fisha jak i okresu znacznie dłuższego, a z którym miałem przez lata niemały problem. Ale przekonałem się i do Hogartha… Są tacy, którzy usłyszą echa The Cure itd. I każde porównanie jest tu nie na miejscu. Każde jest złe. Bo świat się zmienił, a Riverside to światowa marka. Znak jakości – tak napisałem w recenzji i zdania nie zmieniam.

13. Marika – „Marta Kosakowska”

Marika schodzi ze sceny ustępując miejsca Marcie Kosakowskiej. Ta wita się ze słuchaczami płytą, która sprawia, że z miejsca przestajemy tęsknić za Mariką. Marcie Kosakowskiej może i nie wszystko wyszło, ale też można jej sporo wybaczyć, wszak stawia dopiero pierwsze kroki. Natomiast kiedy już wychodzi, to dostajemy jedne z najlepszych polskich piosenek od dawna. Marcie służy współpraca. Wśród zamieszczonych na krążku piosenek wyróżniają się te nagrane z Grubsonem i Xxanaxxem i  przede wszystkim mistrzowska „A jeśli to ja”, w której artystce towarzyszy Gooral.

12. Zabrocki – „1 1 = 0”

Dziwaczny debiut/nie debiut. Postać Zabrockiego jest doskonale znana i ceniona w środowisku. Projekty, z którymi do tej pory można było go kojarzyć, były zawsze z najwyższej półki. Tym razem jednak artysta zdecydował się wziąć odpowiedzialność za każdy aspekt płyty, od muzyki, po teksty. Te zaś napisał w sposób szczególnie osobisty. Kto słyszał, ten wie. Kto widział na żywo, nie zapomni.

11. O.S.T.R. – „Podróż zwana życiem”

Tytuł „Podróż zwana życiem” oraz wypowiedzi samego autora mogą sugerować, jakby cała dotychczasowa kariera Ostrego zmierzała do tego, by powstał taki album jak ten. Coś jest na rzeczy. Gdybym miał wskazać najbardziej reprezentatywną, a jednocześnie najrówniejszą płytę w dorobku łodzianina, postawiłbym nie na – skądinąd świetne – „Jazz w wolnych chwilach”, „Tabasko” czy „Ja tu tylko sprzątam”, ale na ubiegłoroczny krążek. Teksty są odpowiednio wyważone, precyzyjne i, co przecież nie jest regułą u Ostrowskiego, konsekwentne. Od strony muzycznej to majstersztyk, piękne, żywe brzmienie.

10. Mgła – „Excersises in Futility”

„Exercises in Futility” to trzeci pełnowymiarowy album eksportowej blackmetalowej kapeli z Krakowa. To jednocześnie album, który nakręcił spory hype na Mgłę na całym świecie. A przecież już poprzedni krążek wywindował zespół do blackowej czołówki. Recenzja na Pitchforku, ósme miejsce w zestawieniu metalowych płyt roku według tego portalu, koncerty nie tylko w Europie, ale też i w Stanach. Kolejne sukcesy przychodzą Mgle jakby od niechcenia, co tylko potwierdza jej klasę.

9. donGURALesko – „Magnum Ignotum (preludium)”

Na „Magnum…” Gural rozwija te wątki, które najbardziej frapowały w dotychczasowej twórczości poznańskiego rapera: tajemne, profetyczne, pisane jakby w natchnieniu wizje. Jednocześnie stąpa twardo po ziemi i stawia kilka gorzkich diagnoz na temat rapowych backstage’ów. Czy od tego albumu będziemy datować „dojrzałego” Gurala? Oby, bo to najrówniejsza, pod wieloma względami najlepsza płyta w jego dorobku. Erudycyjna, ale taka, która konfrontuje książki z rzeczywistością. Konserwatywna muzycznie, ale jednocześnie taka, która nie boi się konfrontacji z nowoczesnymi bangerami.

8. Chłopcy Kontra Basia – „O!”

Na „O!” zachwyca to, w jaki sposób zespół rozsiadł się wśród polskiego folkloru. Te teksty prezentowałyby się świetnie już na papierze, ale przepisane na muzykę, skrzą się jeszcze bardziej. Nic dziwnego, trafiły na podatny grunt. Magnetyzujący, delikatny wokal Basi wydaje się stworzony do snucia fantastycznych, baśniowych historii, zaś towarzyszące jej instrumenty są „czarniejsze”, niż moglibyście się spodziewać. Obłędny rytm wygrywany przez perkusję i kontrabas jest tu motorem większości nagrań i trzyma w ryzach frywolne, arabeskowe melodie.

7. Pablopavo/Iwanek/Praczas – „Wir”

Cała trójka spotyka się na „Wirze” nie po raz pierwszy. Pablopavo ma na koncie płytę z Praczaem, Iwanek też miał już u swego boku. Jednak w najśmielszych wyobrażeniach trudno było sobie wyobrazić efekt „pełnowymiarowej” współpracy w takiej konstelacji. Każdy z artystów odpowiada w podobnym stopniu za sukces tej płyty. Rzecz o tyle ciekawa, że przy tak wielkiej aktywności twórczej Pawła można było się spodziewać, że zdominuje pozostałych. Kolejny dowód na to, że polska muzyka nie tylko niejedno ma imię, ale trzyma się świetnie.

6. Mary Komasa – „Mary Komasa”

„Cała płyta jest zbiorem subtelnych odniesień do gigantycznego dorobku kilku dekad popkultury. Im sprawniej się poruszasz po jej pokrętnych ścieżkach niezgodnych z mapami, tym więcej frajdy będziesz miał z obcowania z tą płytą” – pisał w recenzji krążka „Mary Komasa” Artur Rawicz. Rozpiętość faktycznie spora – trochę Depeche Mode, trochę charakterystycznego dla Lany Del Rey sznytu muzyki filmowej. Wspólnym mianownikiem piosenek Mary Komasy jest jednak to, że… wszystkie są dobre.

5. Te-Tris – „Definitywnie”

Na „Definitywnie” jest kilku Te-Trisów, ale właściwie żaden nie zawodzi. Za każdym razem raper z Siemiatycz brzmi przekonująco: gdy rozprawia się z wirtualnymi przeciwnikami, gdy snuje dowcipne opowieści, gdy punktuje polską rzeczywistość. Płyta jest wszechstronna i brzmi jak opus magnum gospodarza. Nie dość, że rymuje praktycznie w pojedynkę, to wziął też na siebie część produkcji, to i owo zostawiając Sir Michowi. Poszukiwany na poprzednich krążkach złoty środek między melodyjnością i treścią tu, na „Definitywnie”, został wreszcie odnaleziony.

4. Rita Pax – „Old Transport Wonders”

Powtórzę myśl opublikowanej w marcu recenzji: „W stosunku do poprzedniej płyty zmieniło się niewiele. Grupa ponownie serwuje pasjonującą lekcję muzyki, w ramach której odwiedzimy najróżniejsze zakątki świata, epoki i poznamy różne sposoby myślenia o muzyce”. Gdyby wartość artystyczna przekładała się na sprzedaż, „Old Transport Wonders” pewnym krokiem zmierzałaby po diament. Zespół dowodzony przez Paulinę Przybysz zmieścił na jednej płycie więcej wyśmienitych pomysłów niż wszystkie polskie rządy po 1989 roku razem wzięte. Gdyby wszyscy tak grali, żylibyśmy w raju.

3. Smolik/Kev Fox – „Smolik/Kev Fox”

Dawno na polskim rynku nie było takiego pewniaka do zbierania laurów w różnych podsumowaniach. Smolik to klasa sama w sobie. Synonim jakości i dobrego smaku. Od momentu oficjalnej zapowiedzi jego bliskiej współpracy z Kevem Foxem płyta należała do tych faktycznie wyczekiwanych, a przecież terminu tego nadużywają wszyscy wydawcy. W tym jednak przypadku był on uzasadniony. Album na szczęście spełnił pokładane w nim nadzieje.

2. Kortez – „Bumerang”

W prace nad „Bumerangiem” zaangażowani byli m.in. Ten Typ Mes, Roman Szczepanek, Anna Michalska, Agata Trafalska. Wszyscy dostarczyli Kortezowi teksty, które ten zamienił w piosenki-perły. Autorska mieszanka bluesa i songwritingu przyprawia o dreszcze od pierwszych dźwięków. W utworach Korteza nie ma żadnych fajerwerków, znajdziemy w nich natomiast to co najważniejsze – prawdę. Kortez ujmuje szczerością, naturalnością i prostotą. Jednocześnie śpiewa w sposób nieoczywisty, sprawiający wrażenie improwizowanego, że przy kilku pierwszych przesłuchaniach trudno wyczuć, w którym momencie zaśpiewa kolejną sylabę. „Bumerang” zachwyca od pierwszych dźwięków i wciąga na długie tygodnie.

1. Dawid Podsiadło – „Annoyance and Disappointment”

„Annoyance and Disappointment” może nie powtórzyć sukcesu diamentowego debiutu Dawida Podsiadło, mimo iż jest płytą pod każdym względem lepszą od poprzedniczki. Dawid z jednej strony stawia na ewolucję, z drugiej robi coraz śmielsze kroki w bok, wciąż szuka i rozwija się. W rozmowie z Arturem Rawiczem zaskoczył nas deklaracją:  „W celu zabezpieczenia mojej frajdy z tego co się dzieje, podświadomie robię takie rzeczy, przez które większość osób mogłaby pociągnąć mnie trochę w dół, skrytykować, powiedzieć, że to nie jest już to samo”. Przyznaje, że łatwo przyzwyczaić się do pochwał, dlatego nie chcąc robić mu krzywdy, powinniśmy wytknąć mu wady. Ale tych na „Annoyance and Disappointment” zwyczajnie nie ma.

Polecane

Share This