Rock in Arena: „Wyglądasz tak nierozsądnie, to nieistotne”


2010.02.14

opublikował:

Rock in Arena: „Wyglądasz tak nierozsądnie, to nieistotne”

Chyba jestem po prostu już na takie imprezy za stary. Nie zrozumcie mnie źle, wcale nie chce się z tego powodu wywyższać, chodzi o fakty. Po pierwsze średnia wieku na wczorajszym koncercie w poznańskiej Arenie oscylowała wokół 15 lat, a poza tym muzyka tam prezentowana była raczej wabikiem na młodych by poskakali pod sceną, niż niosła jakąkolwiek wartość artystyczną (z jednym wyjątkiem potwierdzającymi regułę!). Jednak wczoraj to nie o mnie chodziło, a o tą właśnie przybyłą licznie młodzież, która rzeczywiście bawiła się znakomicie.

Idea rockowego festiwalu w Arenie nie jest nowa. Pierwsze takie imprezy, którym w tytule po prostu brakowało „in” odbywały się już w latach 80 i dla ówczesnych bywalców zyskały rangę występów kultowych. Festiwal odbywał się w 1981 r. oraz w latach 1983-1985. Zagrali wtedy m.in. TSA, Lady Pank, Republika, Klaus Mitffoch, Dezerter czy Aya RL. Pop rock bratał się z heavy metalem, blues z punk rockiem, a nowa fala ściskała się z elektroniką. Podobno już pierwsza odsłona cyklu cieszyła się takim powodzeniem, że szyby w Arenie nie wytrzymały naporu tłumu chcącego dostać się na teren imprezy.

Rock Arene próbowano później wskrzesić dwukrotnie. W 2006 i 2007 r. na jednodniowych edycjach zagrali m.in. Kult, Dżem, Brygada Kryzys, Perfect i TSA. Organizatorzy jednak zaprzestali festiwalu z prozaicznego powodu – braku funduszy.

Teraz w 2010 roku temat podchwyciła poznańska agencja koncertowa Go Ahead. Bilety na wczorajszy dzień wyprzedały się jak ciepłe bułeczki, a i w trakcie koncertu przychodzili ludzie, którzy mieli płonne nadzieję dostać się jeszcze do środka. Organizacja była na medal (o jeden lepszy niż wczoraj za skok otrzymał Małysz). Wszędzie ochrona (kulturalna!), wszystko chodziło jak w zegarku (nie było żadnej obsówy w czasie występów). Może Go Ahead miało wyjątkowe szczęście, a może po prostu są tak profesjonalni? Bezpieczeństwo i kultura tego „iwentu” sprawiły, że naprawdę miło można było spędzić tam czas – nawet jeśli chodzi o moją osobę! Wszak jednak tak jak pisałem we wstępie, jeśli mowa o samych występach w przypadku mojego odbioru sprawa jawi się zgoła inaczej. 

Muchy, które wyszły na scenę jako trzecia kapela (wcześniej zagrały jeszcze Orchid i CF98 – przepraszam za spóźnialstwo!), wyglądały na bardzo zmęczone. Panowie, którzy mam nadzieję, że docenią moją szczerość – jawili się jakby trochę pod jakimś przymusem musieli wczoraj wystąpić. Poleciały stare, ale wciąż jare hity z debiutu, a także kilka nowych kawałków. Zespół jakoś bez przekonania, jakoś tak nieobecny, po raz kolejny odgrywał swoją muzyczną rolę. Smutna to obserwacja bowiem mam świadomość olbrzymiego potencjału jaki drzemie w tej kapeli. Obiektywnie jednak trzeba stwierdzić, że publiczność zgromadzona pod sceną bawiła się przednio. Może o to właśnie chodzi, wszak jak śpiewa wokalista Much „Wyglądasz tak nierozsądnie, to nieistotne”.

Kolejnym bandem, który wyszedł na scenę był zespół Happysad. Sala momentalnie się zapełniła. Jakub Kawalec i spółka, dając pewnie setny już koncert w swojej karierze, jak zwykle promieniowali tą samą niespożytą energią. Nastolatki zgromadzone na parkiecie były w siódmym niebie. To ich muzyka, to głos ich pokolenia. Ja jestem za stary przecież wiecie…

Hey, który wystąpił jako piąty, to ten owy wyjątek ze wstępu tej relacji potwierdzający moją regułę. Zespół, który gra już od niemal 20 lat, wie doskonale po co wychodzi na scenę i co chce zaprezentować. Elektroniczne, dyskotekowe intro, którym zespół poczęstował zgromadzonych na dzień dobry, a właściwie dobry wieczór – miało być zapowiedzią czegoś odświeżającego (już myślałem, że będę świadkiem muzycznego Avatara). Niestety w dalszej części koncertu przeszkodziła technika. Dzięki niej Katarzyna Nosowska była bardzo często zagłuszana przez instrumenty, a szczególnie przez za głośną i za natrętną gitarę. Tak czy siak był to dobry występ, który niósł jakiś upragniony mi walor artystyczny.

Na koniec Coma. Ja wiem, że ten zespół ma licznych fanów, wiem też, że taka kapela jest potrzebna. Młodzież może faktycznie wyszaleć się przy tych ostrych jak folia z celofanu dźwiękach, polać się na „plaskacze” w kotle, poczuć ten zew sztucznej krwi… Jak to ktoś określił, taki polski Incubus dla ubogich. Ja bym jednak nie był aż tak radykalny i po prostu przyrównał ten zespół to kompromisu pomiędzy Behemothem a Feelem.

Polecane

Share This