Oceniamy dyskografię Florence + The Machine

Ułożyliśmy płyty grupy w kolejności od najsłabszej do najlepszej.

2018.07.06

opublikował:


Oceniamy dyskografię Florence + The Machine

foto: P. Tarasewicz

Niedawna premiera „High As Hope” skłoniła nas do przyjrzeniu się całej dotychczasowej dyskografii Florence + The Machine. Mimo stosunkowo skromnego dorobku – czterech albumów studyjnych i koncertowego „MTV Unplugged” – Florence Welch i towarzyszący jej muzycy zdołali zapisać się piękną kartę w historii muzyki. Rzadko zdarzają się artyści mogący pochwalić się tak równą pod względem jakości dyskografią. Mówienie o układaniu płyt w kolejności od najsłabszej do najlepszej wydaje się tutaj nie do końca trafne z prostego powodu – żadna z tych płyt nie jest słaba. Która za to jest najlepsza? Zapraszamy do zapoznania się z naszym zestawieniem.

5. „MTV Unplugged”, 2012
Muzyce Florence + The Machine często zarzuca się nadmierny patos i przesadnie rozbudowane aranżacje. „MTV Unplugged” pokazuje jednak, że piosenki Flo średnio sprawdzają się odarte ze wspomnianych atrybutów. Akustyczne wersje może i nabierają nowego wyrazu, ale w większej dawce po prostu nudzą. Inna sprawa, że o ile takie „Drumming Song” udało się znakomicie przetłumaczyć na język koncertów MTV Unplugged, to już „Dog Days Are Over” czy „Shake It Out” sprawiają wrażenie odegranych bez żadnego planu. Najmocniejszy punkt? Oczywiście „Jackson” z gościnnym udziałem lidera Josha Homme’a. Warto sięgnąć po to wydawnictwo głównie dla przeróbki piosenki Johnny’ego Casha i jego żony June. I po to, żeby zobaczyć Josha z wąsami.

4. “Ceremonials”, 2011
W 2010 roku Florence Welch i jej producent Paul Epworth najwidoczniej doszli do wniosku, że jedynym sposobem na przebicie sukcesu debiutanckiej płyty, jest “dopakowanie” jej. “Ceremonials” przypomina “Lungs”, tyle że w wersji 2.0. Wszystkiego jest tutaj więcej, przez co album miejscami przygniata barokowym przepychem. To także jedyna płyta Flo, na której już przy pierwszym odsłuchu można wskazać kilka piosenek “do odstrzału”. “Seven Devils” nie dość, że niepotrzebnie wydłużają materiał do blisko godziny, to jeszcze tworzą odpychający miks wszystkich składników, jakie leżały na stole. Przy okazji… siedem lat po premierze wciąż trudno zrozumieć, dlaczego najlepsza na płycie piosenka “What The Water Gave Me”, mimo iż doczekała się klipu, nie stała się oficjalnym singlem.

3. “High As Hope”, 2018

Recenzując kilka dni temu nowy album Flo, pisałem o nim: „High As Hope” nie otwiera nowego rozdziału w karierze Florence + The Machine i na dłuższą metę pozostanie w cieniu poprzedniego krążka. Na czwartej płycie Florence imponuje dojrzałością, objawiającą się choćby zdolnością do ograniczenia ekspresji wokalnej. “High As Hope” pokazuje nieco inne, wyciszone oblicze Brytyjki. Nie brak tutaj podniosłych momentów jak choćby “Big God”, ale znalazło się także miejsce na nastrojowe “Grace” i minimalistyczne “Sky Full Of Songs”. Czwarta płyta dowodzi nieustannego rozwoju Flo i świetnie rokuje na przyszłość. I właściwie spokojnie mogłoby znaleźć się w tym zestawieniu oczko wyżej.

2. “Lungs” / “Between Two Lungs”

Dlaczego w takim razie na drugiej pozycji umieściłem “Lungs”, a nie “High As Hope”? Z kilku powodów. Na debiut wypada spojrzeć nieco łaskawiej. Tym bardziej, że w przypadku Flo mówimy o zjawisku, które odcisnęło piętno na całej scenie. Najłatwiej byłoby nazwać Welch kolejną inkarnacją Kate Bush, ale jej niewiarygodna charyzma sprawiły, że wokół Flo natychmiast urósł kult, który nie słabnie do dziś. Po bardzo dobrym “Dog Days Are Over” przyszły jeszcze lepsze “Rabbit Heart (Raise It Up)” i “Drumming Song”. Nie można zapomnieć także o pierwszym singlu – jednoznacznie punkowej piosence “Kiss with a Fist”.

W przypadku debiutu Florence + The Machine nie sposób nie wspomnieć o reedycji. “Between Two Lungs” wzbogacono o dodatkowy krążek, na którym znalazło się m.in. “You Got the Dirtee Love”, czyli nagrana z Dizzeem Rascalem wesja “You Got the Love z gali BRIT z 2009 roku. Ciekawostka – Polska jest jedynym krajem, w którym “Between Two Lungs” uzyskało status Złotej Płyty.

1. “How Big, How Blue, How Beautiful”, 2015

Po “Ceremonials” Flo odsunęła na boczny tor Paula Epwortha. Głównym producentem został Markus Dravs, laureat trzech nagród Grammy przyznanych za produkcję albumów Coldplaya, Arcade Fire i Mumford & Sons. Mająca w sobie coś z leśnej nimfy Florence pozostała jedną nogą w świecie fantasy, ale jednocześnie odważnie wkroczyła do prawdziwego, wielkomiejskiego świata. “What Kind of Man”, “Delilah” czy “Mother” pokazują, jak silną i pewną siebie wokalistką stała się Welch, nie tracąc przy tym żadnej z cech, za które pokochali ją fani. Na trzeciej płycie F+TM nie ma praktycznie ani jednego słabego dźwięku, a perłą w jej koronie jest tytułowy utwór, w którym znalazło się miejsce na genialnie rozwijającą się orkiestrację. Na płycie brzmi to zjawiskowo, na żywo, w połączeniu z ekspresyjnym tańcem Florence staje się prawdziwie magicznym przeżyciem.

Maciek Kancerek

Polecane