Polskie pytania #1: Jaki wpływ na polski hip-hop miał Pezet?

Pierwszy z serii felietonów poświęconych polskiemu hip-hopowi.

2016.11.03

opublikował:


foto: Piotr Jakubowski

Polska scena od zawsze czerpała wzorce ze Stanów. Począwszy od pierwszych nagrań Wzgórza Ya-Pa 3 wzorowanych na Cypress Hill; przez serię stołecznych, ulicznych wydawnictw, które zdradzały wpływy Mobb Deep oraz Capone’a i Noreagi; po krążki wykonawców związanych z Obrońcami Tytułu, na których słychać można było i Jurassic 5, i Dilated Peoples. Raczkujące rynki tak mają: jeśli nie ma oparcia wśród swoich, trzeba sięgnąć do zagranicznych pionierów.

Dziś niewiele się pod tym względem zmieniło. Ba, można wręcz powiedzieć, że w dobie rozwiniętego internetu o wiele łatwiej jest szukać nowinek u źródeł, a więc w Stanach właśnie. Dlatego, gdyby zapytać któregoś z młodych raperów o inspiracje, jest więcej niż prawdopodobne, że wymieni on w pierwszej kolejności wykonawców amerykańskich. Rozwój technologii stłumił specyfikę polskiego rapu, a może inaczej – nie pozwolił się jej dostatecznie wykształcić. Lata mijały, debiutanci stawali się weteranami, ale polski rap nadal był obiektem wstydu, czymś, do czegoś lepiej się nie przyznawać. „Kurwa, jak można jarać się polskim rapem/ Jak ich oglądam, nienawidzę ich matek”, rymował w 2007 roku Ciech i wyłączywszy pewne wyjątki, niewiele się pod tym względem zmieniło. Powiedziałbym wręcz, że w etos młodego, wkraczającego na rynek rapera jest wpisana pogarda względem poprzedników.

To, rzecz jasna, temat na szerszą, powracającą co jakiś czas dyskusję: jaki jest stosunek debiutantów do weteranów? W tym miejscu chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś innego: moment w historii polskiego hip-hopu, gdy inspiracje lokalną sceną stały się mocniejsze niż zwykle. No, „moment” to może nie najlepsze słowo. Lepiej, gdybyśmy mówili o pewnej linii ciągnącej się z mniejszą lub większą wyrazistością przez kolejne lata, aż w końcu zanikającą na dobre. „Być może ktoś, słuchając moich płyt, nauczył się składać rymy, kto wie. Ale nie ma co ukrywać, dziś scena wzoruje się na czymś zupełnie innym”, stwierdził niedawno Pezet w rozmowie z cgm.pl.

Tak, idzie tu o linię, którą warszawski raper firmuje swoją twarzą. Czy jest jej inicjatorem? Pewnie nie, bo trudno tu mówić o cechach, które można by skojarzyć wyłącznie z Pezetem. Należałoby do tego kręgu „prawodawców” włączyć też kilku innych MC’s: Dizkreta, Eisa, Eldokę. Mesa? Może też, choć on sam najchętniej sytuowałby się wśród „czerpiących”: „Kret – łatwopalnemu flow dał iskrę/ Dizkret – dla mnie tym, kim Jacek dla Sistars”.

Pezet jednak, jako współautor dwóch kluczowych dla tego nurtu płyt – „Muzyki klasycznej” i „Muzyki poważnej” (nagranych do spółki z Noonem) – był bodaj najbardziej wpływowym raperem spośród wyżej wymienionych. Powiedzmy otwarcie: z niego wziął się cały zaciąg raperów urodzonych w połowie lat 80. Od tych, którzy grają dziś pierwsze skrzypce w mainstreamie – Bisza, VNM’a, Dioxa, Rasa i Wenę – po postaci mniej znane i w większości już nieaktywne scenicznie: Smarki Smarka, Zkibwoya, Finkera, Gresa i Wankza.

Szeroki rozstrzał? Pewnie, że tak; szczególnie dziś, gdy spogląda się z dystansu na te kariery. Trudno jednak nie dostrzec pewnych cech wspólnych. Raz, że mamy do czynienia z raperami przebijającymi się w podziemiu w podobnym okresie. Chodzi tu o lata 2004 – 2008, gdy główny nurt został zalany falą hip-hopolo, a oczy złaknionych nowych twarzy słuchaczy zwróciły się w stronę undergroundu. Dwa, że ci MC’s niejednokrotnie ze sobą współpracowali – dowodem choćby „Śmiertelna kombinacja”, nagrania Brudnych Serc i Wankza czy płyta tria Rasmentalism/Wena. Trzy, że mówimy tu o okresie bezpośrednio poprzedzającym wydanie „Klasycznej” oraz „Poważnej” Pezeta. I choć wielu być może nie przyzna się dziś do inspiracji tymi krążkami lub zepchnie je w otchłań nieświadomości, podstawowa teza tego tekstu jest taka właśnie: to pokolenie raperów ukształtowanych przez te dwa albumy.

Co to znaczy? Pozwólcie, że nakreślę rzecz schematycznie. „Muzyka klasyczna” i „Muzyka poważna” prezentują dwa oblicza Pezeta. Pierwsza płyta ukazuje wagę, jaką raper z Ursynowa przywiązywał od zawsze do warsztatu. Gęsta siatka rymujących się przechwałek jest czymś, co rzuca się w oczy podczas pierwszego przesłuchania. Jak pionierska jest pod tym względem technika Pezeta – tego świadom był już Noon, rejestrując jego wokale. „Nie lubię mówić takich rzeczy, ale Pezet napisał tekst, gdzie nie rymują się tylko oddechy”, notował w internetowym pamiętniku dokumentującym prace nad „Muzyką klasyczną”.

Rzecz jasna, kolejne odsłuchy weryfikowały to pierwotne wrażenie i okazywało się, że nie mniej istotna jest treść („Re-fleksje”, „Ukryty w mieście krzyk”, „Te same dni, te same sny”). Mimo to „Klasyczna” sprawiała wrażenie intensywnej, nabitej, drobiazgowo ułożonej – szczególnie gdy zestawiło się ją z wydaną dwa lata później „Poważną”. Tam warsztat był oszczędniejszy, surowszy, nagi. Nic dziwnego, treść nabrała ciężaru, ładunek emocjonalny był jeszcze silniejszy, a muzyka Noon – odleglejsza od klasycznie rozumianego hip-hopu. „Uciekaliśmy w stronę jakiegoś trip-hopu, takich klimatów”, tak na łamach CGM.pl Pezet wspominał prace nad tamtym krążkiem.

Te dwa oblicza Pezeta – intensywne, techniczne oraz surowe, emocjonalne – są zarazem biegunami, między którymi poruszał się podziemny hip-hop w okresie dominacji hip-hopolo. Proszę mnie źle nie zrozumieć: nie jest tak, że każdy raper próbował pogodzić oba te warianty, tzn. nagrywać muzykę „klasyczną” i „poważną” równocześnie. Niekiedy nacisk kładziony na technikę szedł w parze z taką filozofią życiową, która nijak się miała do depresyjnych nastrojów a’la Kapliński – słoneczne, opolskie granie spod znaku Dinala i Wankza jest tego najlepszym przykładem.

Biorąc jednak rzecz ogólnie, zależność istnieje. Nieprzypadkowo zbiegła się ona z falą producentów imitujących styl Noona (a przynajmniej tnących sample tak samo jak on – dobrym przykładem jest choćby „Noc” Gresa i Snatcha). Na zakończenie trzeba by wymienić jeszcze jedną okoliczność, która tworzyła dobry klimat do wzorowania się na Pezecie – jakby nie było, polskim raperze. To follow-up. Wydaje się, że przedstawiciele tamtego pokolenia ze szczególnym upodobaniem parafrazowali swoich starszych kolegów, składając im tym samym hołd. „Najebawszy” Smarki Smarka oraz „W strefie jarania i w strefie rymowania” Dinala to bodaj dwa najgęstsze pod względem follow-upów płyty w polskim hip-hopie.


Polecane