tło klikalne

Alicia Keys – "Here"

Karol Stefańczyk, 08.11.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Wszystko, co najlepsze.

Cztery lata. Tyle minęło od wydania poprzedniej płyty Alicii Keys. Nie można jednak powiedzieć, że był to czas stracony. Nowojorska wokalistka  po raz drugi została matką. Mocno angażowała się  w akcje charytatywne. Grała koncerty i  sędziowała w programie telewizyjnym "The Voice". Czemu jednak nie wydała przez ten czas żadnej płyty? Brakowało jej na to czasu, to na pewno. Możliwe jednak, że potrzebowała przerwy, by przemyśleć swoje artystyczne ścieżki. Jeśli tak, trzeba przyznać, że odpoczynek od studia dobrze jej zrobił. Ostatni raz tak długo milczała w latach 2003-2007. Wtedy po fantastycznym "The Diary of Alicia Keys" wydała przeciętne, rozczarowujące "As I Am". Dziś, wracając po czterech latach, pokonuje odwrotną drogę: po najsłabszym w karierze "Girl on Fire" przychodzi "Here", album, który w przekonujący sposób nawiązuje do pierwszych dwóch płyt artystki.

Powrót do nowojorskiej, z lekka ulicznej stylistyki zapowiadany był od wielu miesięcy. "To Nowy Jork, jaki znam. Surowy, agresywny, najbliższy mojemu sercu", mówiła artystka. Deklarowane inspiracje hip-hopem znajdują potwierdzenie w pierwszej części "Here". Najwyraźniejszym tego przykładem jest oczywiście "1 Luv", hołd złożony słynnemu utworowi Nasa z połowy lat 90., ale to nie koniec. "Pawn It All" przynosi wyrazisty, rapowy rytm - czy to są te same bębny, które słyszymy w "Heard Em Say" Kanye Westa? - na który Alicia nanosi firmowe partie fortepianowe. Tak samo jest w jeszcze wcześniejszym, tyle że o wiele zadziorniejszym "The Gospel". Ba, całą płytę "ustawia" już samo intro, w którym Keys, spoglądając na historię hip-hopu z lotu ptaka i przedstawiając siebie jako kobiece uosobienie tego gatunku, stwierdza w pewnym momencie: "Jestem Niną Simone w parku, w mrocznym Harlemie".



Wizerunek twardej, ale wrażliwej dziewczyny z osiedla budowany jest przez kolejne utwory, aż osiąga kumulację we wspaniałym "She Don't Really Care". Opowieść o pewnej dziewczynie, która błąkając się po świecie i walcząc o swoją godność, ląduje w Nowym Jorku, zbudowana jest na wspomnianym schemacie - twardy break i partie klawiszowe - tyle że tym razem dochodzi do tego absolutnie obłędny wibrafon otwierający drogę dla "1 Luv". W tym momencie Keys osiąga pełnię swoich założeń i notuje jeden z najlepszych momentów w karierze.

Po "She Dont Really Care" krajobraz albumu nieco się zmienia. Wprawdzie rozemocjonowane, pełne bluesowej rozpaczy "Illusion Of Bliss" wpisuje się jeszcze w czarny, korzenny koncept stojący za "Here", ale w kolejnych nagraniach album jakby gubił pierwotną wizję. Do głosu dochodzi inna Alicia Keys: bardziej popowa, radiowa. Ta, którą znamy od "As I Am". Klawisze, jeśli zaczynają grać, to na nieco inną modłę: takie "Work On It", wyprodukowane swoją drogą przez Pharrella Williamsa, kojarzy się z "No One", zaś rozmach refrenu "Holy War" nie ustępuje energii "Girl On Fire". W tej części płyty więcej też jakby gitary. Tę co prawda można było usłyszeć już w "Kill Your Mama", ale tam brzmiała surowo, południowo - i może dlatego kojarzy się niektórym z "Daddy Lessons" Beyonce. Co innego "Blended Family" czy "Girl Can't Be Herself". W tych nagraniach czuć więcej przyjemnego, lekkiego r&b.

Mimo że końcówka albumu przynosi jeszcze kilka momentów bliskich temu, co dzieje się na początku płyty, to w ogólnym rozrachunku trzeba stwierdzić, że kierunek "Here" jest następujący: od hip-hopu do popu. Od twardych bębnów "The Gospel do karaibskiego "In Common". Innymi słowy, nowy album Alicii Keys pokonuje w skrócie taką drogę, jaką artystka przeszła przez ostatnie piętnaście lat. I wybiera z jej dotychczasowej kariery to, co najlepsze. Czyli to trochę takie "the best of", tyle że z premierowymi utworami. Nic, tylko się cieszyć.